<?xml version="1.0" encoding="utf-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:syn="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"><channel><title>traveller.fotolog.pl</title><link>http://traveller.fotolog.pl</link><description>traveller.fotolog.pl</description><item><title>2008-11-15 18:43</title><link>http://traveller.fotolog.pl/1689372,link.html</link><description><![CDATA[<h3 align=justify>Rozdział trzeci <br>Herbatka u konsula</h3>






<h4 align=justify>Moje pierwsze dni w Chinach zlewają się w jedno mgliste wspomnienie. Pamiętam, że po wyjściu z lotniska, dokładnie tak, jak w którejś z książek, uderzyła mnie fala ciepła. A właściwie duchoty. I ci ludzie. Wszędzie, w każdym miejscu, o każdej porze ludzie. Ludzie, którzy mieli inny zapach. Mili i nieuprzejmi, złośliwi i przyjaźni. Ale zawsze, już do końca pobytu, z otworzonymi ustami, z wbitym wzrokiem, zdziwieni widokiem człowieka o innych oczach. Pamiętam też, że pierwszego dnia wieczorem, kiedy dopadło mnie zmęczenie, zaczęłam się zastanawiać: po co ja tu właściwie przyjechałam. Minęło to następnego dnia, zaraz po przebudzeniu.<br>
Ale nie o Chinach i Chińczykach ja chciałam pisać, choć to przecież nierozerwalne, bo tam się to wszystko zdarzyło, w upale prawie czterdziestostopniowym. Tam ten &#8222;amok&#8221;, bo jak to inaczej nazwać, mnie dopadł i być może do dziś nie opuścił. <br>
	Kiedy już przyzwyczaiłam się do nowego miejsca, kiedy przestałam dostrzegać odmienność ich oczu i zaczęłam rozpoznawać rysy ich twarzy, postanowiłam opuścić moje gniazdko w Szanghaju i wyjechać na kilka dni w góry. Był to mój pierwszy samotny wyjazd. Niedaleko, bo tylko dwanaście godzin zwykłym pociągiem, ale pamiętny, bo pierwszy raz, jeszcze bardzo słabo mówiąc po chińsku, opuściłam wielką, nowoczesną metropolię i zdałam się na łaskę i niełaskę ludzi z prowincji. (...) Gdy już wrzuciliśmy nasze głosy, zaproszono nas na herbatkę. 
Kto by pomyślał, że właśnie wtedy, na herbatce po wyborach? Kto mógłby wymyślić taki scenariusz, kiedy to ja jedną nogą jeszcze po górskich schodach się wspinam, a drugą na herbatkę z uśmiechem w przepaść lecę? 
Siedział tam rozparty na fotelu, już od dłuższego czasu w Chinach przebywał. Pewny siebie, uprzejmy, tajemniczy i można nawet z pewną przesadą rzec piękny. Ile to kobiet przede mną, poznając jakiegoś mężczyznę, myślało, że oto odkrywa nowe horyzonty, by dopiero po pewnym czasie przekonać się, że są tylko jedną z tuzina im podobnych? Ilu mężczyzn dało się zwieść niewinnym uśmiechom nieznajomej i jak wielkie musiało być ich zdumienie, gdy nagle dostrzegali, że nie są jedynymi? <br>
W każdym bądź razie siedział tam i sączył herbatkę i, krótko mówiąc, bardzo mnie zainteresował. Zapomniałam w tym momencie o swoich przedwyjazdowych postanowieniach i pogrążyłam się w miłej, choć całkiem powszedniej, pogawędce. On także wydawał się być zainteresowany moją osobą. Kiedy opowiedziałam mu jaką męką było dla mnie chodzenie po schodach w górach w tłumie ludzi, których to bardziej interesowała moja osoba niż piękne zadymione Góry Żółte, &#8222;bo jesteś ładna&#8221; mruknął tylko uważnie mi się przyglądając. (...)Po herbatce wszyscy razem wyszliśmy. Kiedy wyprzedzili mnie na schodach, usłyszałam jak pytał Mariana czy jestem jego dziewczyną. &#8222;Nie - odrzekł Marian na to. - Ona mnie nienawidzi!&#8221;
(...) </h4>







]]></description><pubDate>Sat, 15 Nov 2008 18:43:13 +0100</pubDate><guid>http://traveller.fotolog.pl/1689372,link.html</guid></item><item><title>2008-11-13 22:03</title><link>http://traveller.fotolog.pl/1688076,link.html</link><description><![CDATA[<h3 align=center>Rozdział pierwszy <br>W mieście Tai Panów </h3>
<a target='_blank' title='ImageShack - Image And Video Hosting' href='http://imageshack.us/'><img src='http://img185.imageshack.us/img185/7837/image3jz1.jpg' border='0'/></a>
<h4 align=justify>
Miasto przypomina wielkie, nowoczesne centrum handlowe, rozłożone wzdłuż ciągnących się kilometrami ulic. Młodzież, która przechadza się po najbardziej znanych ulicach ubrana jest w najmodniejsze, światowej sławy projektantów stroje, które czasami wyglądają jak koncertowe kreacje amerykańskich gwiazd pop, a nie ubrania użytku codziennego. Jednak w otoczeniu jasno oświetlonych, futurystycznych budynków osoby tak wystrojone nie stanowią dysonansu, wręcz przeciwnie bardzo dobrze wkomponowują się w to zabarwione orientalną popkulturą otoczenie i wraz ze wszystkim naokoło tworzą przedziwną mieszankę orientu z zachodem. Trzeba przyznać, że ma to swój niezaprzeczalny urok. </h4>
<h4 align=justify>
Szanghajczycy, z nie do końca zrozumiałych powodów, mają o sobie bardzo wysokie mniemanie. Samo miasto raczej nie słynie ani z jakiś niezwykłych zabytkowych budowli i dzielnic (za wyjątkiem starej, turystycznej dzielnicy Yu Yuan), ani nie zasłużyło jeszcze na miano ośrodka kultury. Co więc stwarza magię tego miasta? Może setki kapiących od luksusu sklepów, może kosmiczne, coraz śmielsze budowle, użytkowe zastosowanie najnowszych technologii czy rozłożysta pajęczyna metra. Albo też najszybszy pociąg na świecie, jeden z najwyższych budynków świata, przemysł filmowy, kuchnie świata, kluby, dyskoteki, teatry. Czy też wszechobecne światła i neony. A może coś zupełnie ulotnego, niedostrzegalnego gołym okiem, jak na przykład zapach pieniądza. Jedno jest pewne w tym mieście stawia się na to, co nowe. To co stare i niezbyt wygodne jest, bez zbędnych sentymentów, burzone i zastępowane czy to nowym pasmem autostrady, czy nową linią metra czy też jakimś kosmicznym budynkiem. Wokół ma być pięknie, wygodnie, nowocześnie. 
Nie dziwi więc, że Chińczycy z innych prowincji, mimo nieukrywanej niechęci do Szanghajczyków, tłumnie zmierzają do tego miasta marzeń w poszukiwaniu lepszego życia. Szacuje się, że miasto ma około 15 milionów stałych mieszkańców, ale liczba ta w ciągu dnia, za sprawą ludzi z prowincji, zwiększa się podobno nawet do 20 milionów.</h4>
<h4 align=justify>
Szanghaj przyciąga nie tylko Chińczyków, ale podobnie jak na przełomie XIX i XX wieku również rzesze cudzoziemców....</h4>
<h4 align=justify>
Duchy Tai Panów i opary opium wciąż się unoszą nad tym miastem. Współczesny Tai Pan nie musi być jednak szczególnie bogaty, ani piękny, ani młody. Wystarczy, że jest biały, aby bez trudu znalazł młodą, skośnooką, cukierkową dziewczynę, o jakiej marzy tysiące mężczyzn na całym świecie. I której główną zaletą, poza egzotyczną urodą, jest to że, wychowana w duchu ogromnej rywalizacji, dobrze radzi sobie w życiu, a przede wszystkim dobrze liczy pieniądze. (...) Jeśli zaś Tai Pan jest w miarę przystojny i do tego młody, to staje się wówczas prawie bogiem w ludzkiej skórze w tym zlaicyzowanym świecie, gdzie konsumpcjonizm i cyfra 8, symbolizująca pieniądze, stały się wartością nadrzędną i motorem wszystkich działań. Spojrzenia przechodniów natomiast, oprócz zwykłego zadziwienia odmiennością, będą emanować również podziwem i zazdrością. Dla takiego Tai Pana otworzył się bowiem raj ziemskich rozkoszy zmysłowych. On to wie i oni to wiedzą (choć w głębi duszy, za przyklejonymi uśmiechami, wielu z nich będzie uważać go za głupca). Może przebierać do woli w różnokolorowym tłumie dziewcząt, które odurzone powietrzem, w magiczny sposób nadal przesiąkniętym &#8222;opium&#8221; szybko dadzą się uwieść. Nawet jeśli nie jest zbyt zamożny, to tu, gdzie siła robocza jest tak tania i dzięki temu wszelakie produkty można kupić za bezcen, będzie mógł pozwolić sobie na fanaberie, na które nie byłoby go być może stać we własnym kraju. Zawsze będzie przecież o wiele bogatszy od przeciętnego mieszkańca Chin. Co więcej taki Tai Pan może bez trudu naprawdę stać się gwiazdą reklamując czy to bieliznę męską, czy nawet garnitury, albo chociażby statystując w filmach. </h4>
<h4 align=justify>
Ten cały blichtr, toksyczny powiew wielkiego świata, może w jednej chwili prysnąć jak bańka. Wystarczy po prostu wrócić do swojego kraju, gdziekolwiek by on nie był. A wtedy z tym większym żalem i trudem trzeba będzie znosić szarą powszedniość życia. </h4>
<h4 align=justify>
Zamknięci pod bezpiecznym kloszem cudzoziemcy nie zdają sobie lub nie chcą zdawać sprawy z dramatów, jakie rozgrywają się po drugiej stronie szyby. Za kloszem, oprócz wszechobecnych, nęcących neonów i świateł, jest również ogromna bieda i bezdomność ludzi, którzy zostali przywabieni obietnicą lepszego świata, operacje plastyczne, jedynie po to, by upodobnić się do modelek z zachodu, przymusowe aborcje, aids, syfilis itd. O tym jednak Tai Pan nie usłyszy, nikt mu tego nie pokaże - tu ludzie od lat byli uczeni, że milczenie jest drogą do sukcesu, albo przynajmniej do spokojnego życia. A Tai Pan przecież ma pokochać ten iluzoryczny, stworzony ku jego uciesze, świat. I z pewnością pokocha. Będzie nawet za nim tęsknił. A gdy ktoś mu zada pytanie, które zadaje piękna dziewczyna z plakatu rozwieszonego po klubach: Have you been Shanghaied?, to nie będzie mógł powiedzieć, że nie. Niewiele jest chyba takich osób, które nie dały się uwieść toksycznej atmosferze tego miasta i urokom takiego życia. Będą go poić nieznośną chińską wódką, serwować piękne dziewczyny na deser, wsadzą go do opływającego w luksusy getta, stworzą mały światek podobny do tego z rodzinnego kraju i dadzą łatwo zarobić pieniądze, byleby tylko został jak najdłużej i nieświadomie pomagał w budowaniu nowoczesnej potęgi. (...)
</h4>




]]></description><pubDate>Thu, 13 Nov 2008 22:03:54 +0100</pubDate><guid>http://traveller.fotolog.pl/1688076,link.html</guid></item><item><title>ksiazka</title><link>http://traveller.fotolog.pl/ksiazka,1688054,link.html</link><description><![CDATA[<h5 align center>Quoth she 'Before you tumbled me,<br>
You promised me to wed'.<br>
So would I 'a' done, by yonder sun,<br>
An thou hadst not come to my bed.<br>
William Shakespeare, Hamlet, Akt IV, scena 5</h5>

<h3 align=center>Wprowadzenie</h3>
<a target='_blank' title='ImageShack - Image And Video Hosting' href='http://imageshack.us/'><img src='http://img227.imageshack.us/img227/763/image1ii5.jpg' border='0'/></a>
<h4 align=justify>
Czy nie zastanawiało was kiedyś, jak przypadkiem usłyszane lub bez namysłu wypowiedziane zdanie; albo sytuacja, do której nie przywiązuje się wagi, i o której zaraz się zapomina, po pewnym czasie, w zupełnie nieoczekiwanym miejscu okazuje się czymś, co miało jakiś sens w tej całej układance, jaką jest życie? Dopiero wtedy zaczynamy się nad tą całkiem błahą sprawą zastanawiać. Możemy nawet dojść do wniosku, że było to jakieś preludium czy też znak od losu, który ma nas przygotować do czegoś o wiele bardziej istotnego. Do czegoś, co ma się dopiero zdarzyć...</h4>
<h4 align=justify>Kiedy byłam w liceum, znajomi zapytali mnie, co chcę robić po maturze. &#8222;Pojadę do Chin&#8221;, powiedziałam. Uśmiechnęli się tylko pobłażliwie. Mieli rację. Wtedy... Kilka lat później jednak, przytrafiła mi się okazja wyjazdu do Chin. Rok w Szanghaju: tai chi, kung fu, opium, taoizm, Mao Tse Tung, ryba w sosie słodko-kwaśnym. Tyle wiedziałam o Chinach. Mistyka, mundurki, pagody. Co tam jeszcze? Tian An Men, Zakazane Miasto, mur chiński. No i oczywiście opera pekińska! Jak mogłam zapomnieć?! Opera pekińska, którą kiedyś w liceum oglądałam przez trzy dni. W Chinach natomiast ani razu.</h4>
<h4 align=justify>Chiny, które miałam poznać bardzo różniły się od moich wyobrażeń. Gdybym wiedziała wtedy, jakie będą te moje Chiny....mój Szanghaj.... Gdybym wiedziała&#8230;
Ten wyjazd spadł mi z nieba. Był dla mnie ucieczką. Uciekałam przed niespełnionym uczuciem; przed romansem, który do niczego dobrego nie prowadził. Uciekałam przed szarą rzeczywistością, w której nie za bardzo mogłam znaleźć sobie miejsca. (...)</h4>]]></description><pubDate>Thu, 13 Nov 2008 21:49:08 +0100</pubDate><guid>http://traveller.fotolog.pl/ksiazka,1688054,link.html</guid></item></channel></rss>
